Są wieczory, kiedy najważniejsze pytanie brzmi: „Co zjemy?”. I są takie, kiedy wystarczy jedno spojrzenie, żeby kolacja nagle przestała być najciekawszym punktem programu.

Zwłaszcza gdy ona staje w drzwiach w bieliźnie, którą do tej pory znała tylko szuflada.

On odkłada telefon. Bez przypominania. Podobno takie rzeczy się zdarzają.

„Chrupnij mnie w bieliźnie” — mówi z uśmiechem.

A potem dodaje:

— Tylko najpierw zamknij okno, bo romantyzm romantyzmem, ale trochę wieje.

Bo właśnie tak wygląda flirt w prawdziwym życiu. Odrobina odwagi, spojrzenie, które zostaje na dłużej, i przeciąg, który uparcie próbuje zostać trzecią osobą w związku.

Bielizna ma w sobie coś przewrotnego. Na co dzień chowa się pod ubraniem, a potrafi zmienić sposób, w jaki kobieta idzie, siada i patrzy na własne odbicie. Czasem wystarczy koronkowy detal, ulubiony kolor albo miękki materiał, żeby pomyśleć: „Ależ ja dziś dobrze wyglądam”.

I przyjemnie pobyć przez chwilę z tą myślą. Jeszcze zanim ktokolwiek zdąży ją potwierdzić.

Oczywiście dobrze dobrana bielizna powinna pozwalać również oddychać. Jeśli ramiączko wpija się w skórę, a zapięcie wymaga konsultacji technicznej, trudno skupić się na uwodzicielskim spojrzeniu. Człowiek zaczyna raczej rozważać nożyczki.

Dlatego najbardziej zmysłowy komplet to taki, w którym czujesz się swobodnie. Dla jednej kobiety będzie to czarna koronka, dla drugiej bordo, a dla trzeciej prosty, miękki zestaw i rozpięta koszula. Każda może mieć własny sposób na ten moment przed lustrem, kiedy poprawia włosy i uśmiecha się do siebie.

A co z nim?

Drogi mężczyzno, kiedy ona pokazuje ci się w nowej bieliźnie, warto zauważyć nieco więcej niż fakt, że „chyba coś kupiła”.

„Pięknie wyglądasz” to bardzo dobry początek. Jeszcze lepszy, jeśli podniesiesz wzrok znad ekranu i dasz sobie chwilę, żeby naprawdę na nią popatrzeć.

Możesz podejść, podać jej rękę, przyciągnąć do tańca w salonie. Muzyka z reklamy odkurzacza też się liczy, choć własna playlista daje większe szanse na powodzenie.

Najciekawsze chrupanie często zaczyna się od oczekiwania.

Od spojrzenia znad kubka. Od wiadomości wysłanej w środku dnia: „Mam pomysł na wieczór”. Od uśmiechu przy kolacji, którego znaczenie rozumieją tylko dwie osoby przy stole.

Nie trzeba przy tym grać roli kogoś z reklamy perfum. Można się speszyć. Można roześmiać. Można zaplątać się w rękaw koszuli i potrzebować pomocy, choć plan zakładał spektakularne wejście.

W dobrym towarzystwie taka wpadka bywa początkiem najlepszego wieczoru. Napięcie trochę opada, za to pojawia się bliskość, przy której łatwiej powiedzieć, na co ma się ochotę — i usłyszeć odpowiedź.

Bo „chrupnij mnie” smakuje najlepiej wtedy, gdy oboje odpowiadacie na flirt z przyjemnością. Bez pośpiechu, za to z uwagą na siebie.

A jeśli wielkie wejście w koronce zakończy się wspólną pizzą pod kocem? Widocznie właśnie na taki finał mieliście apetyt.

Bielizna może poczekać na kolejny występ. Najważniejsze, żebyście nadal mieli ochotę patrzeć na siebie w ten szczególny sposób.

I żeby on następnym razem sam zamknął to okno.